SYPIALNIA
Historycznie rzecz ujmując, budowanie siedlisk i w ogóle osiadłe życie domowe zaczęło się od sypialni. Najdawniejsze schronienia i przytuliska urządzane najpierw prowizorycznie w pieczarach, szałasach, jaskiniach czy chatkach z lodu lub gliny wyewoluowały przez wieki we współczesne urzeczywistnienie przybytków snu, seksu i spoczynku. W sypialni najważniejsze jest łóżko. Ono także zmieniało się z epoki na epokę, jednocześnie wchłaniając, przetwarzając i odzwierciedlając najróżniejsze kulturowe, klasowe, obyczajowe, a nawet ortopedyczne wymogi. Zaczęło się od tego, że niegdyś spaliśmy w jednym pomieszczeniu, nierzadko na wspólnym legowisku - plemiennie, rodzinnie, niekiedy też gościnnie, razem z przybyszami (znajomymi i nieznajomymi, zresztą). Człowiek zmieniał i zmieniał swe łoże wraz z jego bezpośrednim otoczeniem, a one - owo łoże tudzież całe sypialniane pomieszczenie stopniowo zmieniało człowieka. I tak jest do dziś. Bo temat wciąż nie został zamknięty. Naturalna i raczej rosnąca niż malejąca zmienność ludzkich pragnień, tęsknot i potrzeb z pewnością popchnie eksperymentatorów ku nowym pomysłom. Chociaż już obecnie na brak różnorodności w urządzaniu przybytków Morfeusza nie można narzekać. Dla Amerykanów bedroom jest miejscem absolutnie prywatnym, które omija się pokazując nowe domy i mieszkania gościom, a nawet dalszej rodzinie. Francuzi także traktują swą chambre a choucher z należną dyskrecją starając się możliwie jak najbardziej odizolować przestrzeń sypialną i toaletową nawet w niewielkim studio, czyli po naszemu kawalerce. W tradycyjnych niemieckich domach obowiązuje zakaz wstępu do sypialni rodziców dzieciom. Włoskie bambini z kolei gramolą się bezkarnie do pościeli rodziców i z nimi razem baraszkują, co ma świadczyć o tym, że rodzina jest zżyta, uczuciowa i cieleśnie sobie bliska. Chyba zresztą włoska rodzina taka właśnie jest, w każdym razie bardziej od innych. Bałkańska loznica jest prawdziwą świątynią małżeńskich ślubów. Z powodu ciepłego klimatu Jugosłowianie nie używają kołder, ale śpią zawsze pod jednym prześcieradłem, a domyśle - żeby mieć do siebie jak najbliżej. U węzgłowia małżeńskiego łoża obowiązkowo muszą wisieć ślubne fotografie w zdobnych ramach. A łóżko stoi tak, by po stronie, gdzie śpi kobieta, było miejsce na dostawienie dziecinnej kołyski czy wózka z niemowlęciem. Jak bardzo fakt wspólnego spania pod jednym przykryciem nie musi mieć wpływu na częstotliwość seksualnych zbliżeń, iustruje serbska anegdota. Po małżeńskim spełnieniu żona mówi do męża: "Jadę do Niemiec. Tam płacą 100 euro za to, co ja z tobą robię za darmo." A mąż na to: "Ależ się wzbogacisz, zarabiając 200 euro rocznie..."
Na wschód od sypialni zachodniej
Wschodnioeuropejskie gabaryty sypialniane (jak zresztą w góle mieszkalne) zostały poważnie nadwerężone przez lata urawniłowki i skąpych socjalistycznych norm przestrzennych. Dotąd funkcjonuje w posowieckim regionie pojęcie "mój pokój", który tylko w przypadku dzieci bywa tym, czym jest anglosaski bedroom. Natomiast oddzielny pokój osoby dorosłej oznacza na ogół kombinację pokoju wypoczynkowego z gabinetem do pracy, a niekiedy także z salonikiem do mniej formalnych spotkań. Mają z tym kłopot tłumacze literatury, bo polskiego zdania: "Ojciec zamknął się w swoim pokoju" na angielski czy francuski nie da się adekwatnie przetłumaczyć. Powinno się napisać: "Ojciec zamknął się w swoim bedroomie", ale przecież my wiemy, że on wcale nie w sypialni się zamknął. Ojciec ma bowiem po prostu "swój pokój" - ów gabineto-salonik, gdzie spędza godziny czytając, paląc cygara, odbywając pogawędki albo udzielając reprymendy komu ewentualnie jakaś się należy. "Swój pokój" może również spełniać rolę osobistej sypialni, której na ogół nie dzieli się ze współmałżonkiem. Wtedy przeważnie do spania służy nie tradycyjne łóżko z rozłożoną na nim na stałe pościelą, lecz tapczan czy wersalka, która w dzień udaje sofę, a dopiero na noc przeobraża się w łóżko. Ono samo także rządzi się pewnymi kulturowymi regułami. Na przykład w Ameryce łóżka podwójne wcale nie oznaczają, że się na nich nie sypia samemu. Kiedyś mnie nawet zdziwiło, że z okazji 12 urodzin córce znajomych wymieniono jej pojedynczy materac na podwójny. Szerokie łoża są tam bowiem w pewnym sensie symbolem rozpoczęcia marszu w dorosłość. Tylko w pokojach małych dzieci, dormitoriach akademickich, szpitalach, koszarach i więzieniach instaluje się materace jednoosobowe. "Normalni ludzie" sypiają komfortowo i z rozmachem, niczym królowie - nazywając zresztą rozmiary podwójnych materacy king size lub jeszcze większych queen size, więc faktycznie po królewsku.Razem czy osobno?
Sypialnia małżeńska to temat sam w sobie. Tu się najczęściej odbywa najintymniejsza część współżycia. Tu utrwala się (lub słabnie) erotyczna więź między małżonkami. Bywa sceną nieopisanej bliskości albo poligonem zwycięstw lub klęsk dla jednej strony, czasem dla drugiej, a czasem dla obydwu. Niekiedy wspólna sypialnia staje się najnudniejszym pomieszczeniem w całym domu. Zaczyna tak być, gdy jej lokatorzy już nic ciekawego tam nie przeżywają, żadnych wzruszeń, namiętności, uniesień lub pragnień. No więc niektórzy mówią sobie wtedy: "Śpijmy oddzielnie". Ich argumentacja przebiega według prostych schematów: że spanie w oddzielnych pokojach jest niby bardziej higieniczne, bo śpiący nie zużywają sobie nawzajem tlenu, no i nikomu nie zakłócają ciszy niekontrolowane odgłosy z sąsiedniej poduszki takie jak chrapanie czy senne mamrotanie ani też zapalanie światła po nocy czy przewracanie się z boku na bok itp. Owszem, coś jest tu faktycznie na rzeczy. Śpiąc samemu łatwiej kontrolować warunki. Skądinąd jednak, uwzględnianie standardów higieny może przeważać nad pożytkami. Osobne spanie ludzi od siebie oddala. Sprawia, że każdy z partnerów musi w sumie wykazywać więcej inicjatywy w aranżowaniu wzajemnych zbliżeń. Zachęty muszą być wtedy raczej werbalne niż cielesne. Najczęściej trzeba powiedzieć: "Przyjdź wieczorem do mnie do łóżka" albo "Mam dziś ochotę na seks", bo bez tych słów niewiadomo, jak doprowadzić do małżeńskiej randki. Ale problem robi się trudniejszy, gdy erotyczne pragnienie najdzie w środku nocy czy nad ranem, a partner(ka) śpi sobie za ścianą. W spisach ludności nie figuruje rubryka dotycząca małżeńskich sypialń wspólnych lub oddzielnych ani też ewentualnego wpływu jednych lub drugich na szczęśliwe lub nieszczęśliwe pożycie. Rzadko też ludzie ujawniają publicznie swe sypialniane frustracje. No i dobrze, bo nie chodzi o obnoszenie się z tajemnicami alkowy. Chodzi raczej o refleksję nad własnymi wyborami i wyciągnięcie wniosków, które mogłyby przybliżyć własne życie do upragnionego ideału, lub - mniej górnolotnie - do spełnienia obranego celu. A celem wspólnego życia jest bądź co bądź życie jak najbardziej wspólne. W przypadku ludzi, którzy się kochają oznacza to, że ma być im łatwiej się kochać, a nie trudniej.